Rozstania z kozami
Ja też kiedyś, wiele lat temu, przeżyłem odejście na Wiecznie Zielone Łąki mojego pierwszego, takiego białego rogatego kozła, którego dostałem od wdzięcznego pacjenta, co tu dużo mówić padł jak żołnierz na stanowisku, zagryziony przez sforę zdziczałych psów, które w letnią noc podkopały się pod ogrodzenie mojej wiejskiej "haciendy". Bronił się zapewne, bo jeden z napastników, dzikich psów, dał farbę, czyli krew, co z tego , skoro mój Matołek( tak miał na imię) leżał z przegryzionym gardłem.
Jak tylko zrobiło się widno, skoro świt razem z moim wyżłem Figaro i automatem samopowtarzalnym Steyr AUG kaliber 223 Remington poszedłem tropem zranionego psa, ,trop wiódł do pobliskiego lasku.
Były tam cztery różne zdziczałe, ogromne psiury, jeden zaczął nawet na mnie warczeć, z trudem powstrzymałem mojego wyżła, przywiązałem go do drzewa, żeby mi nie wszedł w drogę i nie przeszkadzał.
No i zabiłem je, zabiłem je wszystkie!
Opróżniłem cały 10-cio nabojowy magazynek w chyba w dwie, trzy sekundy, później zmieniłem na nowy i też go opróżniłem...
Po powrocie pochowałem Matołka w rogu ogrodzenia, nie oddałem do żadnej utylizacji, nie było wtedy jeszcze kolczyków. Może to śmieszne, ale w tym miejscu wbiłem własnoręcznie wykonany z surowej brzozy krzyż, chociaż Matołek nie był wierzący. Ale przecież zginął w walce, prawda?
Niektórym się wydaje, że można rozpaczać po stracie bliskiej tylko osoby, ale to nieprawda, zwierzak czasem bliższy jest sercu niż człowiek, zwłaszcza jak żyje obok wiele lat.


  PRZEJDŹ NA FORUM